Gmina Sulęczyno

Gdyby nie sierpniowa nawałnica, zdążylibyśmy z naszymi inwestycjami

Z racji roku po sierpniowej nawałnicy, o jej skutkach dla mieszkańców i działań gminy z wójtem Bernardem Gruczą rozmawiał Dariusz Tryzna.

 

Dariusz Tryzna: Mija rok po nawałnicy. Co z tej tragedii pozostało w pamięci? Czy już powoli zapominacie o niej?

 

Bernard Grucza: Ja pamiętam o nawałnicy przez cały czas. Wspomnienia te powróciły do mnie ze szczególną mocą całkiem niedawno – 15 lipca podczas pierwszego koncertu festiwalu akordeonowego. Wykonano wtedy premierę utworu „Nawałnica”. Utwór mocno wpływa na emocje, zwłaszcza tych, którzy wtedy walczyli z żywiołem. Nie mogłem się powstrzymać, by nie zabrać głosu po koncercie i nie odwołać się do tamtych naszych doświadczeń. To były wielkie emocje i ogromne straty. Szczęście w nieszczęściu, że nawałnica uderzyła wieczorem. Gdyby to było w dzień, kiedy ruch na drogach jest znacznie większy ruch, prawdopodobnie nie obeszłoby się bez strat w ludziach.

 

DT: Mówi Pan o stratach. Przypomnijmy jeszcze raz, choć w kilku zdaniach, jak to nieszczęście dotknęło gminę.

 

BG: Z jednego domu zerwało cały dach, z dwóch – po połowie dachu. Połowę dachu nad halą sportową podniosło i położyło „na miejsce”, tak że początkowo nawet tego nie zauważyliśmy. 4 drogi mieliśmy całkowicie przeorane. W sumie obliczono, że samych szkód w mieniu komunalnym mieliśmy za 2,5 mln zł. A jeszcze do tego dochodzą straty w majątku prywatnym, których do końca wciąż nie oszacowano. Zwłaszcza nie znamy strat w domkach letniskowych. Ale to jeszcze ciągle nie wszystko. Nawałnica będzie jeszcze przez 40 lat przynosić straty gminie. Do nas spływa przecież podatek od lasów, ale od tych, które mają powyżej 40 lat. Także pierwszy podatek od lasów zasadzonych na miejscu tych zniszczonych przez żywioł dostaniemy dopiero za 40 lat. A proszę pamiętać, że w naszej gminie zostało zniszczonych 2 tys. ha lasów państwowych.

DT: Byłem w tamtą sobotę w Sulęczynie. Widziałem jak to wyglądało. Widziałem też zaangażowanie strażaków i pana pomiędzy nimi…

 

BG: To przecież normalna rzecz. Jeszcze w nocy dostałem wiadomość, że trzeba ratować ludzi i mienie, że trzeba nieść pomoc. Oczywiście pierwsi do akcji ruszyli strażacy. To oni przecierali szlaki, usuwali drzewa z dróg, by można było dojechać, to oni nieśli ratunek ludziom, to dzięki ich pracy można było poznać rozmiary tragedii i dotrzeć do poszkodowanych. Wykonali ogrom pracy z wielkim poświęceniem. Nie mam słów by im za to podziękować – zarówno ochotnikom, jak i strażakom zawodowym. Chciałbym przy okazji tej rozmowy jeszcze raz złożyć im podziękowania w imieniu własnym i tych wszystkich, którym wtedy pomogli.

Zresztą nie tylko ja w tym czasie byłem w terenie. Wielu pracowników gminy ruszyło do tych, którzy wtedy najbardziej ucierpieli. Byli przewodnikami, członkami komisji, które powstały by szacować straty i rozdzielać pomoc, weszli w skład różnych zespołów do wykonania konkretnych zadań. Przecież do Urzędu Wojewódzkiego należało dostarczyć informacje dotyczące strat. Nie mogliśmy tego pokpić. Przecież to samo działo się w innych gminach… Równolegle prowadzono działania koordynujące pomoc. W tym również uczestniczyli pracownicy Urzędu Gminy. Wtedy to było naturalne. Myślę, że i dziś z perspektywy czasu wszyscy zdrowo myślący zgodzą się z tym. Przecież to logiczne, że nie mogę budować swojego domu, gdy widzę, że u sąsiada jest pożar. Rzucam wszystko i idę mu pomagać. Taki przykład chyba najlepiej obrazuje tamtą sytuację. Zresztą nie tylko pracownicy urzędu angażowali się w pomoc. Sąsiad pomagał sąsiadowi. Wspomogły nas też firmy.

 

DT: No właśnie. Skoro wspomniał pan o pomocy zewnętrznej, proszę coś więcej o niej powiedzieć.

 

BG: Od różnych samorządów dostaliśmy w sumie 550 tys. zł. dla poszkodowanych rolników i dla gminy 950 tys. zł. Otrzymaliśmy też bezpośrednią pomoc od pana Wojewody Pomorskiego. Kupił on sprzęt dla naszych strażaków. Chciałbym też wspomnieć o pomocy, jaką uzyskaliśmy od powiatu kartuskiego.  W pani staroście Janinie Kwiecień mamy życzliwego nam człowieka. To dzięki niej trafili do nas strażacy z zaprzyjaźnionych powiatów. Nie dosyć, że przez cały tydzień porządkowali teren, to na koniec obdarzyli jeszcze prezentami naszych strażaków.

 

DT: Panie wójcie, ale otrzymaliście też konkretne pieniądze na naprawę dróg ponawałnicowych

 

BG: Tak. Gmina Sulęczyno, jako jedyna z powiatu kartuskiego, otrzymała na początku kwietnia promesę na 1,2 mln zł od ministerstwa. Poszła w świat informacja, że samorząd będzie miał pieniądze na drogi. Wszyscy ją przyjęli, nawet chyba co niektórzy z naszych radnych zapomnieli, że warunkiem konsumpcji tych środków było dołożenie z własnej puli. My musieliśmy znaleźć 320 tys. A przecież nie były one zarezerwowane w budżecie. Trzeba było po prostu przesuwać z innych inwestycji i radni to zaakceptowali. Teraz słyszę, że są wśród nich tacy, którzy mają o to pretensje. A co mieliśmy zrobić? Podziękować ministerstwu: ,,Nie bierzemy bo nie mamy wkładu własnego”? Jakoś nie słychać, aby któryś z samorządów obdarowanych zrobił coś takiego.

Dzięki tym środkom przybędzie nam370 mb powierzchni asfaltowej z odwodnieniem i tyle samo chodnika. Do tego 740 mb instalacji odwadniającej.

 

DT: Czyli obok realizacji bieżących inwestycji, trzeba było zorganizować tę dodatkową?

 

BG: Nie w tym był problem, tylko znów w czasie. Mieliśmy go bardzo mało, bo tylko do 15. czerwca. Trzeba było wszystkie siły rzucić – jak to się mówi – ,,na front”,  aby zwyciężyć. Tempo prac było iście ekspresowe. Najpierw wszystkie pozwolenia wodno-prawne, a ci co w tym siedzą wiedzą najlepiej z czym to się wiąże. Później przetargi. Chciałbym podkreślić, że prawie wszyscy pracownicy naszego urzędu brali w tych działaniach udział.  Uważam, że dali z siebie wszystko. Naszej gminie udało się – zdążyliśmy. Innym nie. Przesunęły Dziemiany, przesunął Lipusz, przesunęło starostwo kościerskie. Dziś Wojewoda Pomorski pokazuje nas jako wzór. Za to dziękuję pracownikom naszego urzędu, bo to ich zasługa.

 

DT: Panie wójcie, teraz wszyscy rozumieją, że sprawy pomocy poszkodowanym i naprawa szkód wyrządzonych przez nawałnicę były priorytetem, ale czy starczyło wam energii na realizację tego, co było zapisane w budżecie na drugą połowę 2017. roku? Mowa oczywiście o inwestycjach gminnych.

 

BG: Energii to tak, ale czasu zabrakło… Dla samorządu i dla mnie najważniejszymi inwestycjami tego czasu było dokończenie budowy dwóch przedszkoli – w Węsiorach i Mściszewicach. To były inwestycje wieloletnie. W 2016. wykonaliśmy ich początek, a 2017. miał przynieść ich zakończenie.

To, że byliśmy uzależnieni od pieniędzy z zewnątrz rzutowało na terminy rozpoczęcia II etapu. Decyzja o ich przyznaniu opóźniała się, gdy w końcu przyszła, dotknęła nas ta straszna nawałnica. Kiedy z grubsza uporaliśmy się z najpoważniejszymi skutkami, była już jesień.

Gdy powróciliśmy do inwestycji, okazało się, że możemy natknąć się na nowe przeszkody, dotąd nam nieznane. Brak wykonawców, bo pod koniec roku firmy miały już pełen portfel zamówień i wzrost kwot przetargowych. To był czas trudny dla mnie i moich współpracowników, ponieważ musieliśmy podjąć decyzję – rozpoczynać inwestycję czy zrezygnować z niej.

 

DT: Panie wójcie, a co z dotacją? Nie  bał się pan, że będzie trzeba ją zwrócić?

 

BG: Cały czas o to się bałem, stąd już jesienią apelowałem, prosiłem Wojewodę Pomorskiego, aby uwzględnił naszą sytuację i przesunął te środki na 2018. Prosiłem, prosiłem, kiedy usłyszałem, że tak będzie, kamień spadł mi z serca. To była bardzo dobra wiadomość dla naszej gminy. Dlatego też, po raz kolejny, za nią bardzo dziękuję w imieniu społeczności gminnej Panu Dariuszowi Drelichowi naszemu wojewodzie.

Mogliśmy znów ruszyć z naszymi inwestycjami. Wystartowaliśmy ,,z przygwizdem” można by powiedzieć, ponieważ mieliśmy tylko trzy miesiące na wykorzystanie dotacji. Już na początku stycznia radni zdecydowaną większością głosów zaakceptowali urealnienie kosztorysów inwestycji i przetargi poszły. Ten na Węsiory był dla nas korzystny, drugi – na Mściszewice – przyniósł kwotę o 800 tys. większą. Radni zadecydowali – Węsiory robimy, Mściszewice nie.

I przez te 90 dni wykonawca zdążył. Rozbudowaną szkołę w Węsiorach zakończyliśmy i została ona rozliczona na czas. Środki dobrze zostały wykorzystane. Te z Mściszewic musieliśmy oddać.

 

DT: Na pewno było to dla Pana bardzo przykre. W końcu to był Pana pomysł, aby zwrócić się do samej ,,góry”, do ówczesnej premier Beaty Szydło.

 

BG: Oczywiście, to ja tę ścieżkę wydeptałem.  Później poszli nią inni moi koledzy. Pomysł właściwie był prosty. Skoro nasz rząd stawia na rodzinę, na dzieci, to my ze swoim wskaźnikiem urodzeń – jednym z najwyższych w regionie i kraju – mamy prawo zabiegać o więcej! To u nas rodzą się dzieci. W Mściszewicach ciągle ich przybywa. W szkole nie mogą oni uczyć się na dwie zmiany, w przedszkolu  przebywać w zawilgoconym pomieszczeniu. Przedszkole w Węsiorach mieściło się w budynku z XIX wieku, który zupełnie do tego się nie nadawał.

Młodzi małżonkowie, których nam przybywa, chcą pracować, tworzyć firmy, rozwijać się. Dlatego my musimy je budować. Wiem jak to jest ważne, bo sam mam wnuki.

Po cichu liczyłem, że może uda mi się te środki wywalczyć z powrotem. Takie otrzymywałem sygnały od wojewody. Niestety, pismo, które przyszło jakiś czas temu było jednoznaczne – dyrektor biura premiera poinformował w nim, że środków nie będzie, bo poszły na inne potrzeby. A ja się pytam – co jest ważniejsze, niż wychowywanie naszych dzieci. Premier Beata Szydło to rozumiała. Może z czasem ci urzędnicy, tam w Warszawie, też pójdą po rozum do głowy. Daj Boże.

 

DT: Czy to znaczy, że inwestycja w Mściszewicach nie będzie kontynuowana?

 

BG: Panie redaktorze, a kto tak mówi? Tylko złośliwiec może takie plotki rozsiewać.

Rozbudowa szkoły w Mściszewicach jest dla mnie, dla urzędu kierowanego przeze mnie dalej priorytetem. Wierzę, że tak samo postrzegają ją radni. Bez wyjątku. Nie poddajemy się. Chciałbym aby jak najszybciej zapadły decyzję jak będziemy finansować tę inwestycję. Liczę, że wspólnie z Radą szybko wypracujemy rozwiązanie. Ponownie szybkość jest tu bardzo istotna, bo przypomnę – złożoność tej inwestycji powoduje, że musi być ona realizowana przed zimą. Wszyscy o tym dobrze wiemy. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby ten proces hamować. To by znaczyło, że nie szanuje mieszkańców naszej gminy i nie liczy się z jej interesem. Mam nadzieję, że takich nie będzie.

 

DT: Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w realizacji tych zamierzeń.      

Komentarze