Powiat kartuski

Za małe źle, za duże też nie dobrze

Powiat kartuski. Spotkanie Samorządu Rolnego

W piątek 20 lipca odbyło się spotkanie kartuskiego samorządu rolnego. Gośćmi kartuskich rolników byli Dominik Szefer z Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego, Stanisław Dudek kierownik Biura Powiatowego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz Jarosław Jelinek dyrektor Biura Zarządu PIR w Pruszczu Gdańskim. Zainteresowanie było ogromne, bo gość mówił o najważniejszym obecnie problemie rolników – o działaniach administracji podjętych w związku z klęską suszy.

Na razie nic nie wiadomo

Według Dominika Szefera na terenie powiatu kartuskiego jest 1500 poszkodowanych rolników, a łączna powierzchnia dotkniętych suszą gospodarstw to 15 tys. ha. Dane te nie są ostateczne, bo wciąż jeszcze napływają wnioski. Komisje suszowe pracują, ale jaki będzie materialny efekt tej pracy wciąż nie wiadomo.

– Z ministerstwa nie dostaliśmy na razie żadnych informacji na temat tego, jak ta pomoc miałaby wyglądać. Żadnej konkretnej odpowiedzi. Pytanie to wielokrotnie się pojawia, ale ja nie potrafię na razie na nie odpowiedzieć – przyznał – Skala problemu jest szacowana na bieżąco, więc podejrzewam, że jeśli będziemy mieli pełen obraz sytuacji, jaka panuje, dostaniemy jakąś odpowiedź z ministerstwa.

Pewne – jedynie kredyty

Takie wyjaśnienie nie zadowoliło rolników, którzy pracują w komisjach szacujących straty.

– Każdy rolnik mnie pyta: Co ja z tego będę miał? Co ja dostanę? A ja, jako członek komisji mówię, ze nie wiemy. Wiadomo tylko, że rząd wystąpi do Unii Europejskiej po jakieś tam pieniążki. Komisja powinna wiedzieć, choć w przybliżeniu jaka ta pomoc będzie. Nas wysyła się w tej chwili, jakby z szabelką na słońce – skarżył się członek komisji z Żukowa.

– Pięć lat temu też była susza, też byłem w komisji. I wie pan ilu rolników z gminy Przodkowo dostało odszkodowanie? Dwóch! – wtórował mu Miroslaw Kroll z gminy Przodkowo.

Jednak prelegent nie umiał rozwiać tych wątpliwości. Według niego w tej chwili jedyną pomocą, na jaką mogą liczyć rolnicy to kredyt preferencyjny i odroczenie, bądź rozdzielenie na raty składek.

– Takie kredyty to pomoc tylko dla dużych gospodarstw. Oni na tym zyskają – padały głosy z sali.

 

Obawy

Straty wywołane suszą są ogromne.

– Na niektórych polach, sam widziałem, było 6 ha łubinu, a wczoraj były tam 2 roślinki i to uschnięte – mówił członek komisji szacującej straty z Żukowa.

Tak duże straty wywołują obawy, że nie zostaną uznane.

– Dwa dni temu dostaliśmy informację od pracowników ODR: Słuchajcie, szkody tylko do 65%, o ile będzie 60-70%, to już ten wniosek nie będzie się kwalifikował, tak jakby szkody nie było, bo rolnik na pewno nie zasiał – mówił rolnik z Sierakowic.

– A są przecież uprawy, gdzie jest 100% szkody. Rolnik nie dostanie wtedy złotówki, bo jak gdyby nie poniósł kosztów – wtórowały mu głosy z sali.

– Straty muszą być powyżej 30%, a nie poniżej 65% – uspokajał Dominik Szefer – ale są pewne ograniczenia. Tydzień temu byłem w Starym Polu, gdzie groch był posadzony na glebie, która się nie kwalifikowała. No i faktycznie wypaliło go do zera. Więc postarałem się uderzyć do ministerstwa, a ono skwitowało mnie, że stosujemy się do rozporządzenia i nie możemy tam szacować szkody.

Kto dostrzeże hodowców

Duże obawy dotyczą też hodowców. Ich strat nikt nawet nie szacuje.

– Mamy duży problem z paszą objętościową. Pierwszy pokos nie był taki, jak powinien być, a drugiego w ogóle nie ma. I dlatego nie mamy pasz dla krów. A one muszą dostać coś do jedzenia. Nie da się ich uchować na samych paszach kupionych w hurtowni, a to też są dodatkowe koszta. Plon zbóż to będzie 40-50% i to jeszcze będzie dobrze. U nas na Kaszubach rolnicy nie utrzymują się ze zboża, tylko ze zwierząt. Jak nie ma paszy – nie ma zwierząt. Ja już musiałem część sprzedać. I nie wiem, jak rząd ma zamiar rozwiązać problem tej suszy, ale powinni się z tym pospieszyć – mówił Mirosław Kroll z gminy Przodkowo.

Na pytanie, co zamierza rząd odpowiedź nie padła. Natomiast dyrektor biura Zarządu Pomorskiej Izby Rolniczej w Pruszczu Gdańskim Jarosław Jelinek uważa, że kłopoty hodowców wynikają z pazerności innych rolników.

– Panowie mówicie, że jest problem cenowy i ja się z tym zgadzam – mówił – Ale zobaczcie sami: przełom kwietnia i maja, kiszonka ile kosztowała? 160-180 zł. W tej chwili kosztuje od 240 do 270 zł. To nie jest tak, że tu z zewnątrz przyjeżdża ktoś i miesza. To my sami rolnicy łupimy siebie jak Tatarzy Europę. Tak, że – słuchajcie – jedność to jest podstawowa rzecz.

Rozdzielić produkcję roślinną i zwierzęcą

Kolejnym podnoszonym problemem była niedobra, zdaniem dyskutantów praktyka szacowania strat, jako części dochodów całego gospodarstwa. Bardzo często zdarza się bowiem tak, że straty na polach znacznie przekraczają wymagane 30%, ale ponieważ gospodarstwo osiąga dochody także z produkcji zwierzęcej, globalnie okazuje się, że rolnik stracił poniżej granicy uprawiającej go do skorzystania z pomocy.

– Jako izba robimy wiele starań w sprawie wyłączenia produkcji zwierzęcej i tej roślinnej – powiedział Zygmunt Stromski, przewodniczący kartuskiej powiatowej izby rolniczej, delegat do Krajowej Rady Izb Rolniczych – Między innymi skierowaliśmy do nowego ministra rolnictwa Krzysztofa Ardanowskiego list, w którym piszemy właśnie w tej sprawie. Czy pan minister zechce rzeczywiście się włączyć i dostrzec ten problem, nie wiadomo, ale działamy.

– Znam Ardanowskiego od roku 2001 i już wtedy, kiedy działał w Krajowej Radzie Izb Rolniczych, na przełomie lat 2002 i 2003 powstała ta myśl. Znaleźliśmy zapisy w jednej z unijnych dyrektyw dotyczące ekonomiki gospodarstw rolnych. Od tego czasu wysyłamy sygnały, że straty w gospodarstwie powinny być szacowane z podziałem na sektory: produkcja roślinna, produkcja zwierzęca, park maszynowy i zabudowania gospodarskie. Na polu nie masz 70% roślin, ale masz 100% zwierząt w chlewni. I ile ci wyjdzie procent strat? Tyle, że się nie kwalifikujesz do odszkodowania – mówił Jarosław Jellinek.

Dzięki takim spotkaniom, jak w piątek w „Kaszubskiej” głos rolników jest słyszalny. I na poziomie województwa, i na poziomie stolicy, gdzie często interweniuje Pomorska Izba Rolnicza. Jednak to, że głos jest słyszalny wcale nie oznacza, że zostanie wysłuchany.

 

 

Komentarze