Wokół nas

O gminie jak o dobrym kuchu, z wieloletnim kucharzem Andrzejem Wyrzykowskim rozmawia Dariusz Tryzna

DT: Wkrótce będzie pan obchodził jubileusz 20-lecia pracy samorządowej. Zapytam więc, co to znaczy według pana być dobrym wójtem? Co wójt musi, a co powinien?

Andrzej Wyrzykowski: Przede wszystkim musi mieć pasję i ochotę do pracy. Wstawać rano i kłaść się wieczorem z radością i chęcią do działania. Jeśli tak nie jest, człowiek nie będzie dobrym samorządowcem. Tak jak też dobrym lekarzem, nauczycielem, czy politykiem. I jeszcze jedna rzecz, według mnie najważniejsza: odpowiedzialność za słowa. Czyli zanim coś powiesz, musisz się nad tym zastanowić, musisz wiedzieć, co chcesz powiedzieć; ale jak już powiesz, to musisz pamiętać, że to słowo musi zostać zrealizowane i dotrzymane. Nie może być później tłumaczenia „ja tak myślałem, chciałem…”. Nie może być tak, że mieszkaniec przyjdzie i zapyta „Panie wójcie, pan obiecał, a gdzie to jest?” Jeśli tak jest, to znaczy, że się nie sprawdzasz, że nie jesteś dobrym wójtem, burmistrzem, prezydentem. I wtedy trzeba umieć powiedzieć sobie samemu: „Miałem inną wizję, ale życie mnie przerosło.” Trzeba umieć przyznać się do porażki, albo być skutecznym – radzić sobie i odpowiadać za to, co się mówi. Ja wybrałem tę drugą drogę.

DT: Jak stał się pan samorządowcem?

AW: Zacznę od tego, że ja wcale nie chciałem zostać samorządowcem. To ludzie mnie poprosili,namówili. Byłem agronomem, miałem działalność gospodarczą, byłem dyrektorem szkoły ponadgimnazjalnej, którą zaczęliśmy rozbudowywać. Robilismy top razem z mieszkańcami, bo udało mi się przekonać ich, że ta placówka jest ważna dla lokalnej społeczności. I w tym momencie zdałem sobie sprawę, że wszedłem w coś zupełnie innego, niż szkoła, niż działalność gospodarcza. Że znalazłem się w firmie, która ma ileś spojrzeń, potrzeb, iluś ludzi z różnym zdaniem, że ta „Rada Nadzorcza” jest duża, płynna i ma bardzo różne oczekiwania i wymagania. I że nie będzie łatwo tej firmy prowadzić. Ale pomyślałem też, że może warto spróbować zmierzyć się z tym wyzwaniem. Dziś mogę powiedzieć, że mój przepis na kuchnię samorządową chyba zdał egzamin.

DT: Jaki to przepis?

AW: Od początku stawiałem sprawę w ten sposób: Kochani radni, ja wiem, że dla was najważniejsze są sprawy waszych sołectw, ale dogadajmy się, że robimy przede wszystkim te inwestycje, które mają szansę dostać dofinansowanie. Dzięki temu za te same pieniądze będziemy mogli zrealizować znacznie więcej zadań. I ci radni, ci sołtysi to zrozumieli. Wszyscy myślimy globalnie – o całej gminie, a nie tylko o swoim fyrtlu. W ten sposób zaspokoiliśmy większość potrzeb, spełniliśmy większość marzeń mieszkańców. Wszędzie są dobrze utrzymane drogi, wodociągi, kanalizacja… mało tego. Już w coraz więcej miejsc dochodzimy z internetem i gazem. 70-80% terenu gminy ma szerkopasmowy internet, a 50-60% gaz. Niedługo będziemy już mieli całość infrastruktury w tym samym standardzie we wszystkich sołectwach. W ten sposób tworzymy rzeczywistą wspólnotę. Przodkowo jest rzeczywiście taką małą ojczyzną, gdzie ludzie się rozumieją i uśmiechają się do siebie. I kiedy spotykamy się na pikniku rodzinnym, dożynkach, czy turnieju sołectw to właśnie po to, żeby mieszkańcy się lepiej poznali, porozmawiali ze sobą, cieszyli się nawzajem swoimi osiągnięciami… Uważam, że mamy powody do dumy. Nikt nie musi się wstydzić, że mieszka w gminie Przodkowo. Mieszkańcy identyfikują się z nią. „Rada Nadzorcza” zrozumiała, że prowadzimy gminę dobrą drogą. To oraz nasza odpowiedzialność za słowo buduje zaufanie. To są te wszystkie składniki, które trzeba wrzucać przez cały okres kadencji, by wyszedł z tego pożadny, dobry kuch albo tort.

DT: Na Kaszubach mówmy o kuchu. Przez te 20 lat, kiedy pan jest wójtem przewinęło się wielu kucharzy, zmieniali się radni, sołtysi. Ci, których nauczył pan swojej filozofii pieczenia odchodzili, przychodzili inni. I znowu od początku trzeba było ich przekonywać.

AW: Rzeczywiście wielu wspaniałych ludzi odeszło. Niektórym zmieniły się plany i życie zawodowe, niektórym wiek ograniczył możliwości działania, niektórzy umierali. Rozstaliśmy się z wielu fantastycznymi radnymi i sołtysami. Takimi jak Franciszek Rzeszewicz, Józef Wilczewski – sołtys, wielokdencyjny radny; sołtys i radny Zygmunt Grota ze Smołdzina, radny Kazimierz Krefta z Przodkowa, żyjący jeszcze, ale już nie sołtys Paweł Kreft z Warzenka, że tylko o nich wspomnę. To byli fantastyczni ludzie, którzy wnieśli wiele świeżego spojrzenia, entuzjazmu, pomocy. Ale ci, którzy ich zastąpili, bardzo szybko wtapiali się w tę atmosferę. Mieli swoje zdanie, ale widzieli, że tu wszyscy chcą, by to ciasto, które pieczemy było naprawdę dobre. Więc dokładali swoją cząsteczkę i swoją energię do mieszania tego ciasta. Mało tego ja dodaję do tego ciasta kolejną przyprawę – a mianowicie młodzież. Powstała przy mnie nieformalna młodzieżowa grupa doradcza. Ja chcę słuchać młodzieży: jak widzi ona swoją gminę, jakie ma potrzeby. Pokazuję im co to jest budżet, jakie mamy pieniądze, co za nie robimy… Przy okazji mówię: „A jakbyście chcieli coś swojego zrobić, to ja wam pomogę.” I w ten sposób wciągam młodzież, żeby oni robili coś dla siebie. My, jako samorząd wspomagamy ich organizacyjnie, nawet i finansowo, ale oni czują, że to oni wymyślili i oni to realizują. Są to nowi chętni do mieszania tego ciasta, żeby na końcu ten lukier na nie położyć. Chociaż myślę, że nigdy do końca się tego nie polukruje, bo przyjdą kolejne pokolenia z nowymi potrzebami.

DT: Jeśli już mówimy o cieście, to mogą być najlepsze składniki, a kuch się nie upiecze, jeśli do piekarnika nie doprowadzimy prądu. W samorządach tą energią, tym prądem są pieniądze. Jak u was z tym prądem wygląda?

 AW: Kiedy zaczynałem być wójtem mieliśmy budżet 6 mln zł. Dziś mamy już 80 mln zł. Co się na to złożyło? Konsekwentne dzielenie każdej złotówki czworo i realizowanie nerwu życia gminy. Są to drogi, kanalizacja, wodociągi i dostęp do technologii, czyli internet. Byliśmy jedną z pierwszych wiejskich gmin, które już w końcówce lat 90. miały internet. To zaowocowało tym, że liczba zarejestrowanych u nas podmiotów gospodarczych wzrosła z 23 do ponad 700. Są różne możliwości zwiększania budżetu. Po pierwsze można zwiększać dochody własne: podatki i opłaty lokalne oraz udziały w podatkach ogólnopaństwowych. Po drugie można się starać zdobywać jak najwięcej środków zewnętrznych – dotacji, subwencji, pożyczek; polskich, czy unijnych. Te dwie metody wzajemnie się uzupełniają i wspierają. Kiedy zaczynałem być wójtem, właśnie pojawiły się możliwości korzystania ze środków unijnych, tzw. przedakcesyjnych. I myśmy z tego zaczęli korzystać, by stworzyć jak najlepszą infrastrukturę: drogi, kanalizację, wodociągi… Dobra infrastruktura przyciąga ludzi, żeby się tu osiedlali, albo lokowali swoją działalność. Czyli, żeby tu płacili podatki. I w ten sposób zwiększamy nasze dochody własne. W tamtym czasie było dużo środków łatwych do zdobycia. W postaci dotacji, bez zbędnych wymogów formalnych, wkładu własnego… Wystarczyło być aktywnym i korzystać z tego. Był instrument norweski, był SAPARD. Z SAPARD-u zrobiliśmy piękne drogi. Korzystamy z nich wiele lat bez żadnej potrzeby naprawy. Przykładem może być droga do tej naszej strefy przemysłowej na Kawlach Dolnych, gdzie jest Murkam, Arbet, Plastico i wiele innych firm. Gdzie tylko były możliwości, sięgaliśmy po fundusze zewnętrzne. Takie myślenie spowodowało, że dziś mamy prawie 80-milionowy budżet. I dalej trzeba go powiększać. Ale dzisiaj jest dużo trudniej. Dziś jest konkurencja i znacznie trudniejsze do przebrnięcia formalności. Czyli przede wszystkim plany zagospodarowania. Myśmy planami objęli całą gminę. Uruchomiliśmy potencjał. Do tego doszły nerwy, czyli drogi i infrastruktura sieciowa. Nasze drogi – nawet te szutrowe – są zadbane. Zimą zdarzały się takie przypadki, że zimą o 6 rano u nas ludzie wyjeżdżali z najgłębszego zagajnika, z najdalszej części gminy, a na drodze krajowej utykali w zaspach i byli w szoku.

Dziś zdobyta przez te lata wiedza i doświadczenie procentują. Bo nie da się tak od razu „złapać tematu”. To wymaga dojrzewania, sparzenia się, uczenia, wyciągania wniosków.

 DT: W ciągu tych 20 lat gmina się zmieniła. I nie myślę tu o inwestycjach, o których pan już wspominał. Ale chociażby o wzroście liczby mieszkańców…

AW: To jest duża różnica. Kiedy zaczynałem być wójtem gmina miała 6 tysięcy mieszkańców, a dziś już ponad 10 tysięcy. Czyli liczba ta prawie się podwoiła. Nasze wysiłki, poprawa infrastruktury, szkoły, życzliwa atmosfera w urzędzie – to wszystko zostało zauważone i ludzie zaczęli tu przychodzić. Oczywiście mamy też atuty „naturalne”, które nie są efektem naszej pracy. Przede wszystkim położenie. Ludzie zauważyli że niedaleko jest stąd do Gdańska, Gdyni, czy Sopotu. A są tu dobre drogi, media, wszystkie rzeczy, które w cywilizowanym świecie są potrzebne. Tu się świetnie żyje. Niewiele czasu potrzeba, by dojechać do pracy, czy z pracy do domu, wracamy, oddychamy. Przez te 20 lat przybyło chętnych do jedzenia tego kucha, ale też tych, którzy do niego coś dokładają, więc porcje są coraz większe.

DT: A dokładają przede wszystkim inwestorzy. I pod tym względem gmina stale się rozwija. W lipcu powstała w Pomieczynie wielka hala produkcyjna, ale to przecież nie wszystko. Zakład stolarski, wytwórnia betonu, przedszkole, sklep, stacja benzynowa… Wymieniać można by długo.

AW: Bardzo cieszy ten przykład z ostatnich miesięcy, który pan podał. Firma FKP otworzyła już trzecią swoją halę. Jest to firma zatrudniająca ponad 200 pracowników, znana w świecie, o nowoczesnej technologii, a jednocześnie powiązana z naszą szkołą, klasą wielozawodową. Uczniowie mają praktyki, wyjazdy, a później pracę. Wyjazdy zagraniczne to świetna motywacja do nauki języków obcych. Ale to jest tylko przykład jeden z wielu. Nie chcę nawet wymieniać, żeby kogoś nie pominąć. Więc powiem ogólnie: W naszej gminie jest zarejestrowanych ponad 720 firm. To są fantastyczni ludzie. Niektórzy stąd, inni tu przybyli. Prowadzą tu firmy, dają pracę, tworzą dochód dodatkowy, płacą wysokie podatki, a gmina ma udział w tych podatkach i jeszcze na dodatek kreują rzeczywistość, bo wielu z nich to wizjonerzy, którzy mają pomysły, podpowiadają nam, współpracują z samorządem i z mieszkańcami. Te firmy dają wiele mieszkańcom. Nie tylko w postaci pieniędzy, ale też organizując rozmaite wydarzenia, wspierając sport, kulturę… To jest fantastyczne. To jest ten prąd, który zasila gminę. I to jest nasz przepis na życie w tej gminie: Żebyśmy się łączyli – przedsiębiorcy, radni, samorząd, sołtysi, młodzież, seniorzy, panie z pasjami z kół gospodyń wiejskich… żebyśmy sobie nawzajem przekazywali swoją mądrość, żebyśmy byli ze sobą, a nie obok siebie. To jest ta kolejna przyprawa, żeby scalić i jednoczyć tę gminę. Żebyśmy byli wspólnotą ludzi, którzy, choć są różni, mają różne spojrzenia, zamiary i plany, chcą być razem, wzajemnie się wspierać i ładować energią, która płynie od każdego do każdego.

DT: Dziękuję za rozmowę. Mam wrażenie, że taką społeczność, o jakiej pan tu mówi, w Przodkowie już udało się zbudować.

Komentarze