Wokół nas

Rozmowa ze Stanisławem Szałajdą głową jedenasto osobowej rodziny,mieszkańcem Liniewa.

Dariusz Tryzna.: Czy urodził się Pan w Liniewie czy też wybrał Pan to miejsce do zamieszkania?

Stanisław Szałajda: Pochodzę z Gdańska, żona wychowała się w Iłownicy. Oboje wywodzimy się z rodzin wielodzietnych. Mimo, że mieszkałem w Gdańsku, przyszłą żonę poznałem tu na miejscu w Iłownicy, w czasie kiedy przyjeżdżałem do swoich dziadków, którzy też tu mieszkali. W 1988 roku pobraliśmy się i w tym roku mija 30 lat naszej wspólnej wędrówki.  Mimo, że nie jest lekko, to w atmosferze wzajemnego zaufania, szczerości i miłości, udaje się nam prowadzić normalne życie rodzinne, w którym tradycyjne, chrześcijańskie wartości są na pierwszym miejscu.

D.T: W takim razie proszę opowiedzieć naszym czytelnikom o rodzinie bo na pewno wyróżnia się ona.

S.Sz.: Ja pracuję zawodowo jako kierowca, żona jest rencistką. Mamy dziewięcioro dzieci, pięć córek i czterech synów. Najstarszy jest syn Rafał. Ma 28 lat i pracuje zawodowo. Druga w kolejności to Justyna, ma 24 lata, studiuje i pracuje w banku. Następnie Błażej i Sebastian w wieku 22 i 20 lat, obaj pracują. Reszta naszych dzieci jest na etapie nauki szkolnej. Kasia – uczennica Technikum w Kościerzynie, będąca jedną z najlepszych, ze średnią ocen 5,23. Po niej Małgosia, także uczennica kościerskiego Technikum. Jest w pierwszej klasie i na koniec gimnazjum osiągnęła świadectwo z czerwonym paskiem. Najmłodsza trójka to Michał – uczeń VI klasy, Monika, uczennica V klasy i Anetka, która rozpoczęła dopiero naukę i jest w I klasie.

 D.T.: Jak Państwo poradzili sobie z wychowaniem tylu dzieci? Jak wyglądają u Was święta czy uroczystości rodzinne ?

S.Sz: Wyznajemy tradycyjny, chrześcijański system wartości, oparty o wzajemny szacunek i wypływające z niego przymioty moralne, intelektualne i duchowe. Pomaga nam to we właściwym korzystaniu z daru wolności, wzajemnego zrozumienia i bezkonfliktowego życia w rodzinnej wspólnocie oraz we wspólnocie wiejskiej i gminnej.Święta chrześcijańskie spędzamy razem, przy 12. osobowym stole, specjalnie zakupionym na tę okazję. Cały system wychowania kolejnych dzieci w naszej rodzinie, oparty był na życzliwości i zrozumieniu potrzeb. Starsze dzieci pomagały czy wręcz samodzielnie sprawowały opiekę nad młodszymi, dzięki czemu, trud wychowania nie spoczywał tylko na żonie, wtedy gdy ja byłem w pracy.

 

D.T.: Czy macie podział obowiązków? Jak wygląda codzienne życie Pańskiej rodziny?

S.Sz. Staram się wraz  z żoną pokazywać dzieciom system wartości z jakim mamy do czynienia w naszym regionie, posyłając je na ciekawe zajęcia pozalekcyjne organizowane przez szkołę. Najmłodsze dziewczęta udzielają się aktywnie w życiu szkoły. Uczęszczają na zajęcia z tańca, zajęcia muzyczne, chodzą na kurs języka kaszubskiego, śpiewają w chórze kościelnym. Potrafią także śpiewać po kaszubsku i tańczyć tańce kaszubskie. Najstarsze dzieci, także wszystkie chodziły na zajęcia z języka kaszubskiego.

W domu natomiast istnieje pewien podział obowiązków. Najstarsze córki zajmują się głównie kuchnią i kulinariami, młodsze córki bardziej dbają o porządki w domu. Michał lubi zajmować się naszą małą hodowlą drobiu. Nie ma jakiegoś specjalnego rygoru i sztywnego grafiku obowiązków. Wszyscy uzupełniamy się i rozumiejąc bieżące potrzeby, z pogodą ducha ciągniemy do przodu ten nasz rodzinny wózek.

D.T.: Od strony materialnej, z pewnością nie było lekko, w momencie kiedy żadne z dzieci jeszcze nie pracowało?

S.Sz: Lekko nie było, ale nigdy nie chodziłem do gminy z prośbą o pomoc. Nigdy nie ubiegałem się o jakieś zasiłki. Opał na zimę sami sobie organizowaliśmy, przez pracę w lesie. Ośrodek Pomocy Społecznej nawet nas nie zna, bo tam też nigdy nie ubiegaliśmy się o pomoc. Wychodzimy z założenia, że są rodziny bardziej potrzebujące. Nie można też o nas powiedzieć, że liczyliśmy na program 500+, gdyż wszystkie nasze dzieci urodziły się o wiele wcześniej, niż program ten wdrożono. Choć z radością muszę się przyznać, że dzięki temu programowi, w tym roku, pierwszy raz w życiu byliśmy całą rodziną na wczasach, w Zakopanem. Najmłodsze dzieci zobaczyły po raz pierwszy piękne, polskie góry.

D.T: Skąd narodził się u Pana pomysł, aby kandydować do Rady Gminy?

S.Sz.: Doszedłem do wniosku, że nastał czas na jakąś zmianę. Że można jednak coś zmienić, np. w poprawie losu dzieci w naszej gminie. Mam duże doświadczenie i sporo pomysłów, jak spowodować aby nasze dzieci nie spędzały całego dzieciństwa zamknięte w domach. Ale nie tylko dzieci są w centrum moich zainteresowań. Widzę, jak dużo zrobił dla naszej gminy obecny wójt, ale świeże spojrzenie z mojej strony, być może przyczyni się do jeszcze większego rozwoju gminy. Widzę duże potrzeby i jednocześnie rezerwy, jakie można by jeszcze wykrzesać, chociażby w kwestii dróg. Chcę służyć ludziom najlepiej jak potrafię, aby życie mieszkańców naszej gminy było trochę lepsze. Mam duże życiowe doświadczenie w tej dziedzinie.

 

Komentarze