Gmina Lipusz

Rozpoczynamy cykl podsumowań

Region. Rok po nawałnicy

Rok temu, w nocy z 11 na 12 sierpnia nad trzema województwami w Polsce przeszła nawałnica niespotykanej wcześniej wielkości. Na Pomorzu zaatakowała przede wszystkim powiaty bytowski, chojnicki, kartuski i kościerski. Zginęło 5 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych. Łącznie uszkodzonych zostało kilka tysięcy budynków mieszkalnych.

Zniszczony został największy kompleks leśny w Polsce, jakim są Bory Tucholskie. Poważne straty odnotowano też w infrastrukturze drogowej, energetycznej, melioracyjnej oraz w rolnictwie. Zniszczone zostały liczne ośrodki turystyczne i obiekty kulturalne.

W działaniach związanych z usuwaniem skutków nawałnicy brało udział 11000 strażaków i 2600 pojazdów.

Bilans strat województwa

Urząd Marszałkowski oszacował straty na niemal 2,7 mld zł. Wartość ta odpowiada blisko 2,6% PKB regionu, a także przekracza średnie 3-letnie wydatki budżetu województwa. Już dziś widzimy, że szacunki wykonane bezpośrednio po nawałnicy zostały poważnie zaniżone. Nie wszyscy poszkodowani zgłosili swoje straty, nie uwzględniono – ze względu na trudności z oszacowaniem – wszystkich kategorii strat. Na przykład strat wywołanych długotrwałą przerwą w dostawie prądu – zniszczonych towarów w sklepach, szczepionek w przychodniach itp.

Największe straty poniosły lasy. Oszacowano je na prawie 2,4 mld zł. Na ponad 130 mln zł oszacowano zniszczenia w infrastrukturze sieciowej. Tu najbardziej ucierpiały drogi – 80 mln zł i energetyka – 48 mln zł. Ponad 83 mln zł wyniosły straty w rolnictwie, na prawie 49 mln zł wyszacowano zniszczone budynki mieszkalne…

Straty w lasach są tym bardziej bolesne, że ich się nie da naprawić w ciągu paru lat. I jeszcze dziś narastają: wysycha poszycie, łamią się samotne drzewa, które przetrwały nawałnicę, niszczaone są leśne drogi…

– Wstępnie oszacowano w 2017 r., że nawałnica w naszym nadleśnictwie poczyniła szkody na obszarze 7 tys. ha. Z tym że te drzewa cały czas się łamią i cały czas rośnie ilość drewna do wywiezienia. Wstępne szacunki mówiły o 1,4-1,8 mln drzew w Nadleśnictwie Lipusz. Około 70-80% zostało już uprzątnięte, ale te prace cały czas trwają. Teraz też są wiatry. Powierzchnie są otwarte, a te drzewa, które pozostały nadal się łamią, więc powierzchnia do uprzątnięcia jest cały czas trudna do oszaciwania – ocenia dziś straty w lasach inżynier nadzoru Nadleśnictwa Lipusz Wojciech Czajka.

W powiatach kartuskim i kościerskim

Podczas nawałnicy nikt tu nie zginął. Niestety parę osób można uznać za „późne ofiary” żywiołu. Najbardziej ewidentny przypadek odnotowano w gminie Sierakowice, gdzie podcinane drzewo sprężynując zabiło właściciela podczas uprzątania prywatnego lasu. W powiecie kartuskim największe straty odnotowano w gminach Sierakowice i Sulęczyno. W powiecie kościerskim – w gminach Dziemiany, Karsin i Lipusz.

Zakres zniszczeń był ogromny. Nawałnica zerwała linie i pozbawiła prądu 96 tys. mieszkańców naszego województwa. W tym 20 tys. osób w powiecie kartuskim. Niektóre miejsca przez 2 tygodnie pozbawione były prądu. Wiatr połamał kilka tysięcy hektarów lasu. Do dziś nie udało się przywrócić bezpieczeństwa w niektórych zniszczonych lasach i wciąż obowiązuje zakaz wstępu do nich. Ale nawet tam, gdzie teren został uporządkowany – nie ma drzew. Jak ocenia wójt gminy Sulęczyno Bernard Grucza przez najbliższe 40 lat w wyniku zniszczeń w lasach tylko jego gmina będzie corocznie tracić ok. 300 tys. zł podatku leśnego. Zniszczone zostały budynki i drogi. Drogi zresztą wciąż jeszcze są niszczone. Bezpośrednio po nawałnicy rozjeżdżał je ciężki sprzęt ratowniczy, dziś – wielkie transporty drewna wywożonego z połamanych lasów.

Akcja ratownicza

Akcja ratownicza rozpoczęła się 11 sierpnia około godziny 23. I trwała ponad dwa tygodnie. Przez pierwszą dobę nawet bez przerw na sen. Brało w niej udział 3400 strażaków – zawodowych i ochotników – w powiecie kartuskim oraz 2000 w powiecie kościerskim. Strażacy byli wszędzie, a kiedy już uporali się z największymi zagrożeniami u siebie, jeździli pomagać kolegom z bardziej dotkniętych żywiołem gmin.

– Pracowały u nas ekipy strażaków PSP z całego województwa, a nawet spoza. Na naszym terenie pracowało 6 ekip drwali z PSP z województwa lubelskiego i strażaków z Wojskowej Straży Pożarnej. Ten tydzień był bardzo ciężki. Trudno jednak wyobrazić sobie lepsze towarzystwo, niż miałem przez ten czas. Widziałem ludzi, którzy pracowali na ponad sto procent swoich ludzkich możliwości – oceniał akcję po pierwszym tygodniu jej trwania komendant powiatowy PSP w Kościerzynie wtedy brygadier, a dziś st. bryg. Tomasz Klinkosz.

W poniedziałek 14 sierpnia do akcji włączyło się wojsko. Był to udział raczej symboliczny – w całym województwie pracowało 100 żołnierzy. W ciągu tygodnia ich liczba wzrosła do 300.

Była to ciężka praca kilkanaście godzin na dobę: udrażnianie zasłanych połamanymi drzewami dróg, zabezpieczanie grożących zawaleniem budynków, pompowanie wody… Najbardziej spektakularna akcja miała miejsce na jeziorze Mausz. Sulęczyńscy strażacy ruszyli na pomoc uwięzionym w domku letniskowym, wymagającym interwencji chirurga, dziadkowi z wnuczką. Od strony lądowej, w gminie Parchowo, dojazd do tego miejsca był niemożliwy.

Potrzebne było praktycznie wszystko

– Proszę o oszacowanie strat w płodach rolnych i o uruchomienie kredytów klęskowych. Poszkodowanym jak najszybciej potrzebne są pieniądze, a później oni będą to spłacać. Szkody w prywatnych lasach – tam sami sobie ludzie nie poradzą. Szkody nad rzekami i jeziorami – był u nas przedstawiciel RZGW i też prosi o pomoc. Ja już uruchomiłem straż, zeby zaczęła tam, gdzie są uszkodzone linie, żeby szybciej Energa mogla tam wejść, (…) żeby przynajmniej niektóre transformatory otrzymały prąd dla Sulęczyna – mówił na spotkaniu samorządowców w Rytlu 16 sierpnia wójt gminy Sulęczyno Bernard Grucza.

– Nam się udało zabezpieczyć urządzenia gminne, to znaczy wodociąg, oczyszczalnię, Urząd Gminy, ale brakuje agregatów u mieszkańców, brakuje paliwa i wody do picia. Żywność w sklepach jest, markety wszystko mają, tylko trzeba to kupić, a nam się pieniądze powoli kończą – zgłaszał potrzeby gminy Lipusz wójt Mirosław Ebertowski.

– W sobotę i niedzielę potrzebowaliśmy wszystkiego. Dziś potrzebujemy przede wszystkim żywności, wody, plandek. Padają deszcze. My już „na zaś” pompujeny rowy melioracyjne, żeby nie zalało nam mieszkańców – dodawał wójt gminy Dziemiany Leszek Pobłocki.

Starosta kościerski Alicja Żurawska mówiła o innych potrzebach. O tym, co jest konieczne dla sprawnego prowadzenia akcji ratowniczej.

– Dziś najważniejszye dla nas jest paliwo, bo już nawet na stacjach zaczyna być wydzielane. Kolejne potrzeby to pilarki, bo ten sprzęt, który pracuje u nas 4 dni bez przerwy już zaczyna szwankować. No i jeszcze woda i wyżywienie dla tych osób, które u nas pracują – mówiła – Jeśli zaś chodzi o regulacje prawne najważniejsze dla nas jest ogłoszenie stanu klęski żywiołowej. Na naszym terenie jest bardzo dużo lasów prywatnych i jeśli nie zostanie ogłoszony stan klęski, to ich właściciele nic nie dostaną.

O wprowadzenie stanu klęski żywiołowej apelował też marszałek Mieczysław Struk.

– Trzeba wprowadzić stan klęski żywiołowej. Pomogłoby to w szybszym usuwaniu szkód. Mówię wprost: cztery dni oczekiwania na jakąś konkretną reakcję ze strony rządu, to jest absolutnie za długo – powiedział po spotkaniu.

Pomoc

Wielki kataklizm wyzwolił ogromną falę ludzkiej solidarności. Pierwsi ruszyli z pomocą lokalni przedsiębiorcy, którzy na potrzeby akcji ratowniczej nieodpłatnie wypożyczali ciężki sprzęt, jakim dysponowały ich firmy. Na terenach dotkniętych klęską pojawili się też wolontariusze, którzy pomagali we najniezbędniejszych pracach. Później po apelu marszałka na Pomorze zaczęła napływać pomoc od samorządów. Trudno tu wymieniać wszystkich. A więc tytułem przykładu. Najhojniejszy okazał się Gdańsk. Przekazał poszkodowanym gminom 1 mln zł. Gdynia przekazała 500 tys. zł gminie Dziemiany, województwo lubuskie – 100 tys. zł gminie Sulęczyno, powiat poznański 200 tys. zł powiatowi kartuskiemu… Na konta pokrzywdzonych gmin lokalne władze z całej Polski wpłaciły blisko 10 mln zł. Pomoc organizowały też inne instytucje. PCK, Caritas, Izba Rolnicza…

Była to nie tylko pomoc finansowa, ale także rzeczowa i organizacyjna. Do poszkodowanych gmin trafiał sprzęt ratowniczy, woda agregaty prądotwórcze. Z inicjatywy radnego Sejmiku Wojewódzkiego Dariusza Męczykowskiego zorganizowano wakacje dla dzieci z poszkodowanych rodzin.

– Przeżyły one traumę i uważam, że dobrze byłoby je zabrać na jakiś czas, odciążyć rodziców w czasie odbudowy obejść, gospodarstw. Powinniśmy zorganizować im jakiś wypoczynek – przekonywał podczas spotkania w Rytlu.

16 sierpnia pomoc poszkodowanym zaoferował rząd. Były to 3 rodzaje zasiłków: 6, 20 i 100 tys. zł. Nie była to jedyna pomoc rządu. Do szacowania strat na Pomorze przysłano inspektorów nadzoru budowlanego z całej Polski. Uruchomiono też program wspierania odbudowy zniszczonych w wyniku nawałnicy dróg. Wreszcie w czerwcu b.r. Unia Europejska przyznała trzem poszkodowanym województwom wsparcie w wysokości 12,2 mln euro.

Dzisiaj

Życie już wróciło do normy. Jednak wciąż jest to norma, w której tle widać kataklizm. Trwają prace budowlane. Odbudowa zniszczonych domów zbliża się ku końcowi, ale ruszają remonty dróg. Do zniszczonych lasów nie można wejść. Słychać z nich dźwięk pracujących pił i wyjeżdżają z nich ogromne transporty drewna. W pierwszą rocznicę nawałnicy w wielu miejscowościach nią dotkniętych zorganizowano msze dziękczynne za uratowanie życia mieszkańców. W Tuszkowach przy wyjeździe ze wsi w kierunku lipusza ustawiono 11-metrowy krzyż i głaz upamiętniający nawałnicę. Niedawno w Sulęczynie odbyła się premiera utworu „Nawałnica” Antoniego Wojnara.

Dziś w rok po nawałnicy rozpoczynamy cykl tekstów podsumowujących to doświadczenie. Będą to reportaże z miejsc najbardziej dotkniętych żywiołem, rozmowy z poszkodowanymi, wywiady z włodarzami, podsumowania działań rozmaitych instytucji itp. Zapraszamy do lektury!

MW

Komentarze