Z Damianem Gosz prezesem firmy „Gosz” rozmawiał redaktor naczelny Dariusz Tryzna.
Mija 30 lat działalności firmy, którą Pan obecnie kieruje. Jakie były jej początki?
Firmę zakładali moi rodzice , tak właściwie początki ich działalności to rolnictwo i ogrodnictwo, w latach 70 wybudowali szklarnie, w których hodowali pomidory, ogórki i kwiaty. Niestety po 1989 r. ta branża przegrała w Polsce z importem warzyw z Holandii, tańszych, pięknie opakowanych, apetycznie wyglądających, a kwiaty w czasie kryzysu nie są towarem pierwszej potrzeby…
Rodzice zostali zmuszeni do szybkiego przebranżawiania się. Najpierw zaczęli hodować kurczaki w zaadaptowanych na kurniki szklarniach. Z czasem jako rolnicy, rozpoczęli te swoje kurczaki ubijać i sprzedawać na targowiskach miejskich. Skala tego była jednak bardzo mała, po kilkadziesiąt sztuk dziennie. W 1995 roku podjęli decyzję, że chcą się rozwijać w tym kierunku. Z pomocą całej rodziny, sióstr, wujków, sąsiadów i wielu ludzi dobrej woli, dali radę. Start tej działalności był sukcesem.
A nie było to takie proste, gdyż nasza firma była jedną z wielu z tej branży. W całym powiecie kartuskim było wtedy aż czternaście zakładów ubojowych. Tak, dla jasności – do dziś przetrwały trzy.
Surowca było też sporo. Wszystkie te małe zakłady ubojowe powstały na bazie surowcowej Zakładów Drobiarskich w Żukowie i w Sianowie koło Sławna.
Rodzice byli odważni. W tamtym czasie nieoczywistym było, żeby kobieta prowadziła firmę. W ich firmie podział odpowiedzialności był prosty. Mama od pierwszego dnia zarządzała ludźmi i produkcją. Konkretna, wymagająca, a jednocześnie bardzo uważna na sprawy ludzi. Kładła nacisk na wysoką jakość produktu, a dobry produkt zdobywał klienta. Był surowiec, był klient, więc były podstawy, aby działać i rozwijać się.
Tata, od początku zajmował się zaopatrzeniem w żywiec i rozliczeniami hodowcami. Jeśli chodzi o mnie i moje rodzeństwo, to praktycznie od samego początku wszyscy w naszej rodzinie pomagaliśmy rodzicom. Pracowaliśmy, aby firma mogła się rozwijać. Dotyczy to zarówno moich sióstr jak i szwagrów. Z czasem również mojej żony Alicji, z którą wspólnie prowadzimy firmę do dziś.
Trzy dekady to szmat czasu. Mamy inną rzeczywistość, zmieniły się modele biznesu. Jak firma się do tego dostosowywała?
Pierwszy okres trwający kilka lat, to była nauka, jak się odnaleźć na tym rynku, jak działać i spinać działalność gospodarczą. To był okres, kiedy byliśmy maluteńką firmą. Potem zaczął się czas, kiedy Polska zaczęła aspirować do UE.
To był ważny dla nas czas, w którym robiliśmy wszystko, aby jak najlepiej przygotować się na to wejście. Wtedy prawie wszystko trzeba było robić ręcznie, a hale produkcyjne znajdowały się w piwnicach domu. Zaczynaliśmy od około 300 sztuk dziennie, a potem ta ilość zwiększyła się do około 5 tys. szt. Kiedy w 2004 r. wchodziliśmy do UE, oddana została do użytku pierwsza, profesjonalna hala ubojni. Nastąpił spory skok w umaszynowieniu i wielkości produkcji. Co najważniejsze, zbiegło się to z otwarciem nowych rynków zbytu. To przyczyniało się do ciągłego rozwoju technologicznego firmy. Uruchomione zostało mrożenie szokowe, które umożliwiło produkcję mrożonego mięsa dla klientów w Azji, Afryce. W 2007 roku zbudowane zostały linie cięcia kurczaka. Pięć lat później linia automatycznego patroszenia kurczaków.
Jedna z najważniejszych inwestycji w rozwoju firmy przyniósł rok 2017. Wybudowane zostały nowe hale produkcyjne i zainstalowany został w nich zautomatyzowany system ważenia cięcia i filetowania. Ostatnią znaczącą inwestycją, była zakończona w 2025 roku, wymiana systemu transportu żywca na system kontenerowy. Każda z tych inwestycji wprowadzała nowe standardy, nowe produkty. Dawało to, kolejne możliwości rozwoju firmy.
Jakie chwile, wydarzenia uważa Pan za szczególnie ważne w życiu firmy.
Jak już podkreśliłem, jesteśmy firmą rodzinną, stad dla nas bardzo ważne, trudne momenty przyniosły lata 2011 i 2020. Ta pierwsza data, to śmierć mojego ojca. Był to duży cios dla rodziny i firmy. Jego odejście było niespodziewane. Dla hodowców był twarzą firmy i jej gwarantem. Dodatkowo zbiegło się to czasowo z przekształceniem naszej firmy w spółkę, w której zarządzie obok rodziców pojawiłem wraz z żoną Alicją.
Natomiast w 2020 roku, odeszła moja mama. Jak już mówiłem, od początku firmy główny technolog produkcji, kadrowa i ogólnie ,,Szefowa”. Znała każdą osobę zatrudnioną w naszym przedsiębiorstwie, bo większość przyjmowała do pracy. Miała wyjątkowy dar zjednywania do siebie ludzi. Wrażliwa na ich sprawy, nie była obojętna na czyjeś trudności.
Skąd dziś firma Gosz bierze surowiec do produkcji?
W latach 90. ubiegłego wieku wystarczyło mieć towar. Dzisiaj towar to za mało, trzeba mieć pewność, że będzie on odpowiedniej jakości. Dostawcami drobiu do naszego zakładu, są nasi sąsiedzi. Znamy ich fermy. Wiemy, jak wygląda ich hodowla, jak dbają o stada. Ufamy im, bo współpracujemy ze sobą od dekad. Po prostu jesteśmy partnerami. To właśnie ta lokalność sprawia, że nasz drób z malowniczych Kaszub, Kociewia czy Pomorza, smakuje inaczej.
Jesteśmy tam, gdzie ludzie wiedzą, że dobry drób to nie przypadek, ale wynik ciężkiej pracy, etyki i szacunku. Nigdy nie pójdziemy na skróty. Kiedy kupujesz produkt z naszej ubojni, masz pewność, że karmisz rodzinę tym samym mięsem, które również my kładziemy na nasze stoły. Świeżość mierzymy w godzinach nie w dniach.
Kogo dziś zatrudnia firma Gosz ?
Pokoleniowość – ta ważna cecha firmy rodzinnej, widoczna jest też w zespole pracowniczym. Nasi pracownicy to mieszanka doświadczenia i nowoczesności. U Gosza pracują rodzice, dzieci a czasem nawet wnuki współpracowników. Dotyczy to również mojej rodziny-moich siostrzeńców czy dzieci. Stawiamy na mieszkańców Sierakowic i okolic, którzy są pracowici i po prostu się sprawdzają.
Są też pracownicy zza granicy. Najwięcej z Ukrainy, ale są też z Nepalu. Najczęściej są to ludzie związani z nami od lat. Czasami zakładają tu rodziny i zostają. W sumie to około 20 proc. załogi. To bardzo porządni i pracowici ludzie. Zależy nam na nich. Chcielibyśmy, aby związali się z naszym zakładem.
Wszyscy razem stanowimy o jego sile. Każdy z nas cząstkę swojego trudu i pracy poprzez codzienne wykonywanie swoich obowiązków przekazuje drugiemu człowiekowi. Pracujemy nie tylko dla siebie, ale również dla drugiego człowieka.
Skoro jesteśmy przy pokoleniach, to można powiedzieć, że rósł Pan razem z firmą. To zapewne ułatwia zarządzanie tak dużym dziś biznesem.
Gdybym był człowiekiem z zewnątrz i nagle musiał zarządzać taką dużą firmą, to pewnie złapałbym się za głowę i nie wiedział, od czego zacząć. Ale ja w tej firmie jestem od początku, znam wszystko od podszewki, jeżeli czegoś nie wiem, to jest to tylko mały wycinek, a nie nieznajomość wszystkiego. Z takim doświadczeniem ugruntowanym na wzrastaniu razem z firmą, kierowanie zakładem jest prostsze.
Ale w prowadzeniu firmy nie jestem sam — pracujemy w czteroosobowym zarządzie, w którym każdy odpowiada za swój dział. Dzięki temu łączymy różne perspektywy, rozkładamy odpowiedzialność i podejmujemy decyzje na podstawie realnej wiedzy z danego obszaru. Mimo że pochodzimy z różnych domów, rodzice zaszczepili w nas podobne wartości: rzetelność i uczciwość w rozliczeniach, szacunek dla drugiego człowieka, a także kaszubską upartość w dążeniu do wyznaczonego celu.
Gdzie dziś można spotkać produkty z Waszej firmy?
Nasze moce przerobowe sięgają około 200 ton dziennie. Nasza produkcja trafia głównie na rynek polski. Część – poprzez sieć dystrybucji trafia od razu do detalu. Sporo produkcji idzie do zakładów przetwórczych, gdzie jesteśmy poddostawcą wielkich marek. Stamtąd produkty trafiają na półki dużych sklepów wielkopowierzchniowych.
Nasze wyroby w formie mrożonej trafiają do UE, Afryki czy Azji. Nasz najbardziej egzotyczny kierunek to Wyspy Reunion leżące na Oceanie Indyjskim. Jakość naszych wyrobów jest znana, powtarzalna, stąd chęć współpracy z nami odbiorców z dalekich rejonów świata.
Drób jest mięsem, do którego żadne wspólnoty religijne nie mają zastrzeżeń. To także jest motorem rozwoju branży. Popyt w niej ciągle w świecie rośnie. A do tego dochodzi supremacja Polski w produkcji drobiu w Europie i jej lokata w pierwszej trójce największych producentów drobiu na świecie.
Teraz wielu twierdzi, że za sprawą Umowy Mercosur ta pozycja branży, którą firma reprezentuje może się zmienić. Jak Pan to skomentuje?
Oczywiście rozmawiamy o tym i widzimy realne zagrożenie. Pojawi się mięso, którego dotychczas nie było na rynku europejskim i będziemy zmuszeni konkurować z tymi dostawcami. Jakiej zmianie ulegnie obecna sytuacja, czy oni nas zgniotą? Zobaczymy- My będziemy robić wszystko, żeby to wytrzymać. Byle byśmy byli na równych warunkach. Nie może być tak, żeby polskie zakłady musiały wypełniać rygorystyczne wymogi jakości mięsa- mające na celu dbałość o zdrowie i bezpieczeństwo konsumentów, a na rynek będzie trafiało mięso z hodowli bez obowiązku spełnienia restrykcyjnych wymogów weterynaryjnych Unii Europejskiej, i dotyczy to zarówno mięsa, jak również surowców takich jak zboża pasze i dodatki żywieniowe stosowane w hodowli kurczaków. Można to spuentować sentencją- Dajcie nam równe szanse.
Wróćmy jeszcze na regionalne podwórko. Ile razy widzę jakąś imprezę w gminie, to zawsze dostrzegam firmę GOSZ jako sponsora, mecenasa, czy darczyńcę. Co leży u podstaw tej szlachetnej działalności?
To naturalne. Czujemy się częścią lokalnego społeczeństwa, żyjemy jego sprawami, problemami, troskami. Działacze, aktywiści, którzy zajmują się kulturą, sportem, sprawami społecznymi, pomocą dla osób gorzej sytuowanych, itp., zawsze mogą liczyć na nasze wsparcie i chętnie sięgają po nie. Takie mamy podejście i taką filozofię. Sprawy gminy i regionu kaszubskiego są naszymi sprawami. Odczuwamy satysfakcję, że możemy pomóc ludziom, którzy chcą coś tu robić, coś osiągnąć, coś dać od siebie bezinteresownie. Takich ludzi trzeba wspierać i szanować. Robimy to, bo mamy otwarte serce na sprawy lokalnej społeczności.
Dziękuję za rozmowę.




